Otaku Rage

Manga i anime w sosie własnym

Sztućce przyszłości – dzisiaj!

Kadr z anime “Mouretsu Pirates” (odcinek nr 10).

Łyżkelec!

Przyszłość. Nie wiem jak bardzo odległa, ale ludzkość zdążyła skolonizować kosmos i zakwalifikować “maid cafe” jako relikt przeszłości. Choć nie spodziewałem się jakiejś rewolucji w kulturze jedzenia, w końcu łyżka, widelec i nóż towarzyszą nam od dobrych tysięcy lat, to widok łyżkelca (zwanego także łyżelcem) jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Sięgnij pamięcią wstecz i odpowiedz sobie na pytanie – czy widziałaś/eś wcześniej w mandze lub anime ten łyżko-widelcowaty twór? Popularny w środowiskach studenckich, często spotykany również z wbudowanym otwieraczem do butelek? Ja nie. Tak w sumie nie jest to specjalnie zaskakujące, jeśl wziąć pod uwagę, że Japonia znajduje się w strefie zmonopolizowanej przez pałeczki. Gościnny występ łyżkelca w “Mouretsu Pirates” uznaję za niesamowitość pokroju obecności Malucha w “FLCL”. Może to mało patriotyczne z mojej strony, ale przyzwaczajanie naszych azjatyckich przyjaciół do zachodnich wymysłów też jest bardzo ważne. Bo w końcu co zrobi taki Chińczyk (ewentualnie Japończyk), który omyłkowo kupi w Polsce zupkę chińską z nadzieją, że będzie mógł ją zjeść pałeczkami? Pałeczkami takiego makaronu – a w zasadzie produktu makaronopodobnego – nie idzie jeść, ostatnia łyżka robi za uziemienie kupionego na targu przedłużacza, więc cóż począć? Wyjście jest tylko jedno – łyżkelec! A jak ktoś chciał całość wysiorbać, to przypominam że zasady savoir-vivre’u nie przewidują takiej dewiacji. Choć, w sumie, łyżkelca też nie…

Pozwolę sobie jeszcze napisać kilka słów o samym anime. Mam dość mieszane uczucia w stosunku do “Mouretsu Pirates”. Z jednej strony mamy bardzo kompleksowo zarysowane tło cyber-wojen – starcia potrafią trwać nawet cały odcinek i wszystkie procedury są dokładnie wyjaśniane, zaś z drugiej strony mamy radosną główną bohaterkę i rozterki typu “jak znaleźć czas na naukę będąc kapitanem statku pirackiego”. To tak jak zrobienie filmu dokumentalnego o znaczeniu procesu tunelowania w fuzji jądrowej i zatrudnienie gimnazjalistki w roli lektora (nie wiem czy temat dokumentu ma sens, chciałem żeby zabrzmiało mądrze). Mam wrażenie, że “Mouretsu Pirates” chce zaspokoić jednocześnie fanów science-fiction oraz uroczych dziewczyn, co niezbyt mu wychodzi. Ale wyszła dopiero niecała połowa planowanych odcinków, więc nie warto jeszcze stawiać na nim krzyżyka. Tym bardziej, że w serii znalazło się bardzo fajne odniesienie do “Czarodziejki z Księżyca”. Twórcy przywołujący takie tytuły nie mogą być źli. Prawda?

Czy ta długa przerwa w działalności bloga oznacza, że mam go gdzieś? I tak, i nie. Znaczy, nie do końca tak. Wymyśliłem sobie, że zaangażuję się w pewien konkurs i do końca kwietnia prawdopobnie będę spędzać czas wolny nad edytorem tekstu skrobiąc różne opowiastki. Jeśli osiągnę sukces, to nie omieszkam pochwalić sie na stronie i stwierdzić “…i choć przez to bardzo zaniedbałem swojego bloga, to teraz mogę z podniesioną głową powiedzieć – warto było”. Postanowiłem nawet ograniczyć ilość oglądanych anime w przyszłym sezonie! Nie chcę znowu robić miesięcznej przerwy, pewnie skończy się na tym, że będę pisał więcej krótkich i bzdurnych tekstów (jak ten). Ehh… dobra, tyle ode mnie. Życzę miłego dnia i do zobaczenia w oby niedalekiej przyszłości.

16 Marzec 2012 Posted by | Bzdet tysiąclecia | , , , | 1 komentarz

Wrażenia z Fullmetal Alchemist: Star of Milos

Kamienie filozoficzne same się nie znajdą! Z takim hasłem bracia Elric po raz kolejni zostają wciągnięci w misterną intrygę pełną dziwów, legend i alchemii. Biorąc pod uwagę wciąż niesłabnące zainteresowanie wokół serii “Fullmetal Alchemist”, powstanie kolejnej kinówki nie jest specjalnym zaskoczeniem. Tym razem jednak nie jest to “prawdziwe zakończenie”, jak było to w przypadku “Fullmetal Alchemist: The Conqueror of Shamballa”, tylko kompletnie oderwana od wątku głównego historia. I biada tym, co liczą że oznacza to jakieś zmiany. Ile jest fullmetala w fullmetalu i jak bardzo jest to strawne? Ja wiem, po obejrzeniu filmu na problemy żołądkowe nie narzekałem…ale pewien głód pozostał.

Z jednego z więzień ucieka potężny alchemik i robi spore zamieszanie. Udaje się do sąsiedniego kraju Milos, gdzie atakuje inny zakład karny. Dzięki pomocy tamtejszemu “latającemu ruchu oporu” na wolność wydostaje się Julia – nauczycielka dzieci mieszkających w wąwozie (odpowiednik slamsów). To również córka ważnych w alchemicznym półświatku naukowców, zabitych swego czasu przez chimery Ed i Al przypadkiem znaleźli się w tym samym pociągu, co owy potężny alchemik i jedna z owych chimer. Zanim się zorientują, będą w centrum knowań politycznych z kamieniem filozoficznym w tle.

Czytaj dalej »

19 Luty 2012 Posted by | Wrażenia | , , , | 2 komentarzy

Pierwsze wrażenia z Black Rock Shooter

Dosłownie tydzień temu z ciekawości sprawdziłem jakich tagów najczęściej używam na blogu. “Black Rock Shooter” uzyskał trzecie miejsce. A to hasło odnosi się zaledwie do jednej piosenki, jednego projektu postaci i jednej ovałki. Znaczy, odnosiło się. Bo oto w blasku chwały na scenę wraca “ona” – wyposażona w działo trzy razy większe niż jej ciało, płonące błękitnym płomieniem oko oraz standardowe opancerzenie bojowe postaci anime, czyli bielizna i wysokie buty. Plus peleryna. Wygląd jest, lecz jak udowodniła ovałka i z tym można zrobić mierne anime. Jak będzie tym razem?

Zamysłem animowanego Ciskacza Kamieni jest pokazanie dwóch równoległych rzeczywistości. W jednej obserwujemy perypetie niewinnych licealistek, w drugiej jak ich odpowiedniki robią to samo w “porytym świecie”. Czyli jak główna bohaterka pokłóci się z siostrą koleżanki, to w porytym świecie obydwie dziewczyny będą walczyć ze sobą na śmierć i życie przy pomocy wszelakich maszyn zniszczenia. Obydwie rzeczywistości pokazują to samo, tyle że ten z bojowymi odpowiednikami robi to w sposób zdecydowanie ciekawszy. W końcu po co gadać, skoro można komuś przyłożyć? Jednak większość czasu spędzamy razem z licealistkami, stąd “Black Rock Shooter” w kwestii segregacji gatunkowej trzeba zaliczyć do dramatu obyczajowego z elementami akcji.

Czytaj dalej »

12 Luty 2012 Posted by | Wrażenia | , , , | Dodaj komentarz

Radujmy się. Znalazłem brew, tłumaczenie i regał z książkami.

Ha! Znalazłem pierwszą jaskółkę monobrwistej wiosny! Nasz przecudny pochodzi z 10 epizodu anime “Mononoke”, i choć pod względem charakteru nieźle wpisuje się w stereotyp wymoczka, ciężko odmówić mu finezji wyglądu zewnętrznego. Tak trzymać, inne studia powinny brać przykład i również umieszczać jednobrwiste postaci (to brzmi prawie jak “pełnokrwiste”). Fakt faktem, że tytuł jest ciut leciwy (rok produkcji – 2007), ale twarz godna wspominania będzie wspominana nawet lata po jej pierwszym pokazaniu. Jakby nie patrzeć, maska z filmu “V jak Vendetta” jest popularna nawet 6 lat po premierze. A jeśli wziąć pod uwagę, że ta produkcja jest ekranizacją komiksu Alana Moore’a publikowanego w latach 80′… ponad 30 lat i ani jednej nowej zmarszczki. Te maski to mają fajnie, starzenie się jest przereklamowane. Gorzej jak maska jest z drewna, wtedy może spruchnieć. Chyba już wolałbym się zestarzeć aniżeli spruchnieć. A wracając do anime. Robi ogromne wrażenie. Nawet nie chodzi mi o samą oprawę graficzną, bo ona mówi sama za siebie. Klimat, pomysły, realizacja, efekty muzyczne. Jedyne czego mi brakuje to jakiegoś wątku głównego, czegoś więcej oprócz postaci Sprzedawcy Leków pojawiającej się w każdym odcinku. Wiem że taki był zamysł, ale nie lubię jak serię kończą się “ot tak po prostu” bez jakiegoś finału.

Dawno nie aktualizowałem kąciku “tłumacz też człowiek”. Dziś na tapecie grupa fansubberska Mazui oraz anime “Baby, Please Kill Me!”. To chyba tłumacze z gg zapoczątkowali, a przynajmniej rozsławili styl przekładu artystycznego – czyli gdy seria robi sobie jaja widza, tłumacze sobie robią jaja z serii. Pałeczkę przejęło Mazui i proszę bardzo – nie dość że kreatywnie (choć nie wiem co to może znaczyć), to z polskim akcentem! Drugie najpopularniejsze polskie nazwisko pochodzące od słowa “kowal” (kto by pomyślał) idzie na dno żołądka (?)! Zachodzę w głowę skąd u tłumacza znajomość tego słowiańskiego rodu, z popularnych produkcji na skalę światową przypominają mi się tylko dwaj Kowalscy. Jeden z “Madagaskaru” (to ten chudy pingwin odpowiedziany za obliczenia), drugi z “Blade Runnera” (jeden replikant miał tak na nazwisko). Generalnie całe tłumaczenie piosenki początkowej anime zostało wykonane w tym stylu, pamiętam jeszcze słowo “horishi” przełożone na “holy shit”. Można i tak.

Kadr z drugiego sezonu anime "Bakuman" (odcinek 17).

Patrząc na ten kadr czuję się maluczki. Zdarzyło mi się kupić kilka książek tylko z powodu ich ładnych okładek, ale przy niej jestem ledwie amatorem. Spójrz na regał po jej lewej stronie. Ona ma cztery komplety kilkunastu książek o takich samych kolorach okładek! Teoretycznie, to może być wiele egzemplarzy jednego tomu, ewentualnie bardzo długie serie słowników. Ale załóżmy że nie. I wyobraźmy sobie, że taka dziewczyna idzie do księgarni i zapytana przez sklepikarza o to, czego szuka odpowiada: “Szukam książki format A4, gruba oprawa, kolor okładki indygo, liczna stron powinna się wahać pomiędzy 700-900, tytuł dowolny, autor dowolny”. Brrrrrrrrrrr… przerażające. Choć przyznam, że wizja posiadania półki z wieloma jednokolorywymi książkami jest kusząca.

Skoro już tak gadam o niczym, to pochwalę się że w końcu przekonałem znajomych do papierowych erpegów. Pierwsza sesja Neuroshimy już za nami. Wszyscy zginęli, po czym jednogłośnie stwierdzili że trzeba to będzie powtórzyć. Następnym razem pokażę im drugą edycję Warhammera, tam żeby zginąć permanentnie trzeba mieć talent. Albo złośliwego Mistrza Gry [szyderczy rechot].

6 Luty 2012 Posted by | Bzdet tysiąclecia | , , , , , , , | 2 komentarzy

Hmm? Co w moim pudełku robi wąż?

“I’ve had it with these motherfucking snakes on this motherfucking plane!” – jeśli cytat z filmu “Węże w samolocie” to jedyna kreatywna rzecz, jaka przychodzi Ci do głowy po usłyszeniu hasła “wąż” to najwyższy czas to zmienić. Na przykład grając w grę “Metal Gear Solid”. “Snake” to kryptonim dawany najlepszym żołnierzom zdolnym wykonywać pozornie niewykolnalne zadania. Takie “one man army”. Główny bohater gry – Solid Snake dostaje misję zinfiltrowania bazy terrorystów na Alasce oraz uratowania ważnych ministrów wziętych jako zakładników. Wszystko spoko, tylko co w takim razie robią tam mobilna wyrzutnia ładunków atomowych, cyber-ninja czy elitarna grupa żołnierzy mająca w swoim składzie chociażby telepato-telekinetyka? Odpowiedź jest bardziej skomplikowana niż mogłoby się to wydawać.

“Metal Gear Solid” to moja ulubiona seria gier. Każda część nie dość, że ma kompleksową, wielowątkową historię, opowiadana jest za pomocą trzymających w napięciu cutscenek i dialogów, to jeszcze ma oryginalne pomysły na gameplay które zjadają większość gier na śniadanie. Skradanka w której można ukrywać się w przenośnym pudełku? Ten pomysł jest durny tylko z pozoru. Znaczy, jest durny, bo przecież “dla prawdziwych graczy takie ułatwienia to jak plunąć w twarz” (pozdrowienia dla “prawdziwych graczy”), ale mało co w grach sprawia mi taką przyjemność jak chodzenie w kartonie za strażnikiem. Pierwsza część (a w zasadzie “prawie” pierwsza część) - którą niedawno sobie powtórzyłem – wyszła na komputery osobiste oraz konsolę Playstation w 1998 roku, czyli dobre 14 lat temu. Można powiedzieć że dawno, ale w przypadku tej gry czas wydania to najsłabsza wymówka żeby w nią nie zagrać.

Czytaj dalej »

1 Luty 2012 Posted by | Wrażenia | , , , , , , | 1 komentarz

Zima 2012 – pierwsze wrażenia (tytuły od H do S)

Pamiętam, jak dwa lata temu na konwencie Nejiro byłem na prezentacji anime ówczesnego sezonu. Zaczęła się ona pytaniem prowadzącego “Kto ogląda wszystkie wychodzące tytuły”. Na obecnych na sali 20-30 osób, rękę podniosły ze 4. Jako że wtedy przechodziłem jeszcze rygorystyczną wsztrzemięźlowość od japońskiej animacji, popatrzyłem na nich jak na pozbawionych życia maniaków co to zdania faszerują japońskimi wtrąceniami i jedzą kanapki pałeczkami (bo rodzice nie potrafią zrobić kleistego ryżu, a coś jeść trzeba). Wracam do teraźniejszości, patrzę na listę oglądanych tytułów i stwierdzam ze ździwieniem, że staram się mówić poprawnie po polsku a za pomocą pałeczek co najwyżej bawię się perkusją kolegi (wstyd przyznać, ale nigdy nie jadłem sushi). Gwoli ścisłości – nie oglądam wszystkich tegosezonowych anime, ale niewiele brakuje mi do kompletu. I jakoś specjalnie nie przeszkadza mi to w prowadzeniu normalnego życia. Tyle co czasem nie wyśpię się lub zasnę przed komputerem. Więc jak ktoś Ci w przyszłości powie, że ogląda jednocześnie kilkanaście serii to nie wsadzaj go do szufladki “Przypadek tragiczny. Nie zbliżać się”. Chociaż… jak kogoś nie boli poświęcanie czasu na głupie i do bólu schematyczne serie, to coś musi z nim być nie tak. Wtedy można już tylko założyć bloga i usprawiedliwiać swoje słabości. Tym optymistycznym akcentem powracam do pierwszych wrażeń. Zanim zacznę jeszcze jedna uwaga – zaburzę kolejność afabetyczną, bo dając na stronę główną jakikolwiek odniesienie do ”High Scholl DxD” (które powinno być jako pierwsze) tylko sobie czytelników zniechęcę. Przypominam, że anime z pogrubionymi tytułami uznałem warte szczególnej uwagi.

Inu x Boku SS

Człowieku, zamknij te oczy!

Do bliżej nieokreślonej mieściny przeprowadza się Riririchiya – panienka o charakterze stereotypowej tsundere. Za swój dom obiera stary dwór, w którym jak się okazuje jednym z warunków umożliwiających zamieszkanie jest przyjęcie jako osobistego ochroniarza specjalnego agenta Secret Service. Oczywiście niezbyt się to bohaterce podoba, ale ciężko narzekać gdy ma się na każde zawołanie potężnego demona (zapomniałem wspomnieć, w tym anime wszyscy są demonami). Na szczęście Ririchiya jest tsundere z powołania i nawet w takiej sytuacji bezrefleksyjnie rzuca w jego stronę zgryźliwe uwagi. Chciałbym napisać “ku uciesze widzów”, ale nie chcę skłamać.

Skrytykowałem “High Scholl DxD”, pisząc że nie wypada go dawać na stronę główn, po czym na jego miejsce wstawiam “to coś”. Piękna historia, o tym jak dziewczynka nie potrafiąca nawiązać normalnej konwersacji w końcu spotyka osobę która ją akceptuje. I gdy ona go miesza z błotem, to on z wdziękiem się uśmiecha. Ale gdy on się skrzywdzi podczas ochraniania jej, to ona katuje się w myślach wyrutami sumienia. Cudowne. Nie, dobra, fabułę jeszcze da się przełknąć. To co mi najbardziej przeszkadzało to postaci. Począwszy od przewidywalnej jak wynik meczu naszej reprezentacji w piłce nożnej Ririchiyi, przez stereotypowych do bólu współlokatorów, po strasznie denerwującego ochroniarza. Ten ostatni irytuje mnie tym bardziej, że podczas jego częstych formułek wychwalających główną bohaterkę jest zbliżenie na jego twarz oraz żółte i niebieskie oko. Czy twórcy nie mogli przyciemnić mu niebieskiej tęczówki? W tych odcieniach te kolory – przynajmniej moim zdaniem – do siebie nie pasują. Ehh, ciekawe czy jeszcze komuś to przeszkadza. Lepiej wygląda sytuacja z oprawą audiowizualną. Anime wygląda bardzo ładnie, szczególnie cieszą projekty postaci po przemianie w potwora. Muzyka wpada w ucho i przyjemnie się jej słucha. Ale nie zmienia to faktu, że seans “Inu x Boku SS” można sobie darować. Więcej – to opcja jak najbardziej wskazana.

Czytaj dalej »

29 Styczeń 2012 Posted by | Wrażenia | , , , , , , | 2 komentarzy

Zima 2012 – pierwsze wrażenia (tytuły od A do D)

Zabawne, większość nazw tegosezonowych tytułów za pierwszą literę obrało sobie “A”, “B” lub “D”. Nie wykluczam zbiegu okoliczności, ale coś musi być na rzeczy. Być może twórcy postanowili stworzyć historie z niższej półki. Teoria wypowiedziana ciut na wyrost, ale zauważyłem że większym sentymentem darzę produkcje którym bliżej do końca alfabetycznej listy. Oczywiście są wyjątki, ale wnioski statystyki są niepodwarzalne. Podobna sytuacja jest z tym sezonem. Niby każde anime ma jakichś pomysł na siebie, niby mają ręce i nogi, ale w żadnym nie widzę potencjału na hit. Aktualnie najbardziej cieszę się z kolejnych odcinków serii, które zaczęły się w poprzednim roku. “Guilty Crown” rozwija skrzydła, “Chihayafuru” absolutnie rządzi i dzieli, Persona daję radę (choć nowy opening zakrawa o świętokradztwo), “Bakuman” otwiera się na trójkąty miłosne a “Mirai Nikki”… choć ma wiele grzechów na sumieniu, na swój sposób jest nawet interesujące.

Przechodząc do pierwszych wrażeń. Tym razem postanowiłem, że będę pogrubiał nazwy tytułów które moim zdaniem zasługują na uwagę. Przy czym nie jest to “zdecydowanie warto obejrzeć”, tylko “patrząc na konkurencję, akurat jemuwarto dać szansę”. W przypadku wystąpienia opcji nr 1 zaznaczę to w tekście.

Another

Do małego miasteczka pośrodku niczego przyjeżdża kilkunastoletni Kouchi, który pierwszego dnia w szkole widzi trupa. Znaczy – hipotetycznego trupa. Mei, choć wszystko wskazuje na to że umarła ma się całkiem nieźle. Nikt oprócz bohatera jej nie widzi, dodatkowo wszyscy uczniowie w klasie dziwnie się zachowują i opowiadają tylko o śmierci dziewczynki. Co jest prawdą? Czas pokaże.

Horrory rozgrywające się w wioskach mają to do siebie, że potrzebują czasu żeby się rozkręcić. Pierwsze dwa odcinki “Another” przedstawiły zaledwie postacie, sytuację i warsztat twórców. Jakieś tam napięcie pojawia się od czasu do czasu, ale jest to raczej przypomnienie widzowi że to ma być horror, aniżeli rzeczywiste przestraszenie. Nie, przestraszenie to za mocne słowo. Powiedzmy – wywołanie ciarek. O twórcach, a w zasadzie reżyserze wspominałem już wcześniej, więc powtórzę tylko tylko że liczę na pana Mizushime. Po dwóch odcinkach nie potrafię ocenić czy moje oczekiwania mają rzeczywiste podłoże, ale na razie wygląda nieźle. Pozostając przy technikaliach – graficznie prezentuje się ładnie. Tła są dokładne, lalki – które pojawiają się często – niepokojące, tylko do projektów postaci trzeba się przyzwyczaić. Muzyka jako tło daję radę. Podsumowując, “Another” ma szansę być dobre. Jeśli nie okaże się, że to Mei jest żywa a reszta umarła to być może nawet bardzo dobre.

Czytaj dalej »

21 Styczeń 2012 Posted by | Wrażenia | , , , , , , , | 2 komentarzy

300% brwiowej normy

Dawno nie poruszałem bezsensownych tematów. Nie to, że nie miałem materiałów, w końcu każdy szanujący się bzdeciarz zrobi ze wszystkiego sensację. Po prostu nie byłem w nastroju. Mam taki fajny kadr z anime “Mirai Nikki”, w którym jedna z postaci wygląda jak dziesięcioletni Darth Vader, ale to było w jakieś 10 odcinków temu i nie chcę zamieszczać staroci. Ale to tak na nikogo-nie-interesującym marginesie.

Najnowsze odcinki serii “Hunter x Hunter” i “Senki Zeshou Symphogear” (kolejno 15 i 2). Jakie oni mają brwi! Tak się zastanawiam, skoro postacie w seriach przygodowych czasem dostają włosy według osobowości (strzeliste – bohater jest energiczny, z wycelowaną w górę grzywką – elegancki itd.), to czy są jakieś kategerie dotyczące brwi? Hmm… w “FLCL” ich duża wielkość oznaczała męskość. Patrząc na powyższe sylwetki można to zaakceptować, w końcu chłopy są postawne. Ale jak zakwalifikować końcówki brwi? Obydwie postacie są drugoplanowe (z Huntera nawet epizodyczna), więc ciężko wgłębić się w ich osobowości. Brwi tego niższego kojarzą mi się z wrażliwością artystyczną, ale to chyba nie najlepszy trop. Lepiej spojrzeć na niew kontekście włosów. Fryz tego z Symphogeara jest kolczasty i ładnie się z nimi komponuje. Z kolei brwi wojownika z Huntera są symetryczne do jego wąsów. Szkoda, że rzadko kiedy postaci mają charaktystyczny łuk brwiowy, tak możnaby zrobić jego analogię do osobowości. Od czego jest internet:

“- Proste (jakby tworzyły linię) oznaczają zrozumienie, chłodne podejście do rzeczywistości, umiejętność planowania.

- Wysoko uniesione są znakiem niezdecydowania, mniejszej dokładności postrzegania i refleksji.

- Łuki lekko opadające w zewnętrznych kącikach świadczą o wrażliwości, delikatności i lekko melancholijnym usposobieniu.

- Kanciaste na zewnątrz łuków („skrzydła mewy”) mówią o żywotności umysłu, skłonności do refleksji.

- Ściągnięte w dół lub zmarszczone ujawniają umiejętność rządzenia i egzekwowania poleceń.”

 [źródło: http://www.eioba.pl/a/2m2k/piekno-na-zewnatrz-to-piekno-wewnatrz-fizjonomika; każdy serwis z brwiami podawał inne cechy charakterystyczne, więc ostatecznie się zdecydowałem na te z najmniejszą ilością tekstu]

Co do pierwszego gościa ta rozpiska nawet się zgadza. Skłonność do reflekcji, umiejętność rządzenia. Dopiero teraz się zorientowałem, że twarz wojownika z Huntera wyraża jego aktualne odczucia, co automatycznie wyklucza wiarygodność badań. No nic, nie ma sensu się nim przejmować. I tak zginął.

Przy okazji chciałbym zaprotestować kampanii skierowanej przeciw posiadaczom jednej brwi. Przypadkiem ja również mam takową i nie mam zamiaru jej dzielić. Kilku moim znajomym się ona nie podoba i odgraża się że kiedyś mi ją usuną, zaś od jednej dziewczyny dowiedziałem się że to nieeleganckie. Ten pogląd na pewno wina mediów. Domagam się pokazywania w telewizji, radiu i literaturze (jak szaleć to szaleć) większej ilości osób z jedną brwią! Najwyższy czas skończyć z tym dzieleniem ludzi!

15 Styczeń 2012 Posted by | Bzdet tysiąclecia | , , , | 2 komentarzy

Bo anime musi być najlepsze w byciu najlepszym

*W tekście pomijam fakt, że przecież i tak najlepszy jest Black Star z "Soul Eatera"

Kto nie uwielbia corocznych podsumowań? Szczególnie tych robionych przez jedną osobę według tylko autorowi znanej kategorii. Ahh, cudowne są teksty nieskalane obiektywnością. Nie krytykuję ich, każdy ma prawo do swojego zdania. Jednak jako osoba która lubi oceniać tytuły według tych samych płaszczyzn, chciałbym zaznaczyć na co moim zdaniem warto zwracać uwagę. Fabuła, grafika, klimat – jasne, to wszystko jest ważne. Ale to są też cechy jakie ma każda manga. Dlatego proponuję, żeby najlepszy anim był najlepszym animem.

Oglądając animy, lubię patrzeć na udane sceny i myśleć sobie “tego bym w mandze nie zobaczył”. Zabawa czasem, dobre wykorzystanie muzyki, prowadzenie akcji. Można tak wyliczać w nieskończoność, ilu reżyserów tyle pomysłów. Animacja ma multum możliwości, o których komiks może sobie tylko pomarzyć. To widać, gdy twórcy chcą zrobić dobrego anima, a kiedy chcą tylko przenieść mangę czy własny pomysł na ekran. Ostatecznie to wszystko sprowadza się do tego, czy celem serii jest bezwzględne czyszczenie portfelii fanów. Ciężej mają serie nie obierające sobie za pierwowzór mangi, dlatego też zawsze daję im kredyt zaufania. Słusznie? Raczej nie. Jak sięgam pamięcią, to przy takich produkcjach studia wolą stawiać na ciekawą fabułę (straszne, nie?). W kwestii nieadaptowanych seriali które należycie wykorzystały potencjał animacji w roku 2011 według mnie zabłysnęły przede wszystkim “Puella Magi Madoka Magica” (manga powstała później) – za walki z wiedźmami (to trzeba zobaczyć), niesamowicie klimatyczną muzykę i epickość; “Mawaru Penguindrum” – za… całokształt i “C” – za dynamiczne przejścia pomiędzy kadrami oraz efekty dźwiękowe (Micro-Mezz-Macro-Flation!!!). Tym bardziej szkoda mi tego ostatniego, bo gdyby nie zrobione na siłę zakończenie, anim mógłby wiele zawojować. Dla spokoju sumienia wspomnę jeszcze o “Blood-C”, które akurat w kwestii reżyserii było moim zdaniem niezłe. A że fabuła była durna, to kogo innego wina (przez klawiaturę mi przejść nie może, że to przez CLAMPa). Na szczęście pan Tsutomu Mizushima (reżyser “Blood-C”) zajmuje się teraz dobrze zapowiadającym się horrem “Another”, więc może przy nim uda mu się rozwinąć skrzydła.

Czytaj dalej »

11 Styczeń 2012 Posted by | Refleksje | , , , , , , , , , , , , | 5 komentarzy

Szczęśliwego Nowego Roku!

Siania apokaliptycznej propagandy ciąg dalszy.

Z okazji zbliżającego się Nowego Roku, życzę Wam szczęścia, zdrowia, spokoju ducha oraz sukcesów tam, gdzie są one potrzebne. Przepraszam, że nie pokusiłem się o jakichś autorski wiersz noworoczny, ale obawiam się, że wtedy nikt by mnie nie zrozumiał. Zamiast tego gwarantuję, że życzenia są szczere.

Tego wpisu miało nie być. W tym roku zjawisko świątecznej atmosfery niemal kompletnie mnie opuściło, co przełożyło się na niechęć do wszelakich życzeń. Wybrałem się przed gwiazdką na spacer z założoną czapką św. Mikołaja, to zostałem wygwizdany na ulicy. Zaliczyłem nieudany epizod szpitalny, który – o zgrozo – będę musiał powtórzyć. Z kimkolwiek bym nie pogadał, to wszyscy tylko się martwią. W takiej atmosferze nawet najbardziej entuzjastyczne “wszystkiego najlepszego” blednie. ALE. Kilka dni temu zacząłem odglądać “Tengen Teppa Gurren Lagann”, które pobudziło we mnie niewyjaśnią wewnętrzną euforię. Serię skończyłem w 4 dni (a to – jakby nie patrzeć – 27 odcinków) i niemal przez cały czas śmiałem się (w geście podziwu). Z bohaterów, reżysera, scenarzysty, kompozytora muzyki, zespołów wykonujących piosenki początkowe i końcowe, aktorów podkładających głosy, gości od animacji i rysunku oraz wszystkich pozostałych, co to przyczynili się do “siły” anima. Gdyby nie ciut mdła końcówka byłoby perfekcyjnie. Wisienką na torcie była moja wizyta innych blogów, na których koledzy opublikowali własne życzenia. I tak stopniowo humor mi się poprawiał, czego efektem jest ten wpis.

Za postanowienie noworoczne obrałem sobie przeczytanie przynajmniej dwóch książek na trzy miesiące. W tym roku “obaliłem” 6 tytułów (nie licząc lektur), co choć jak na mnie nie jest kiepskim wynikiem, to i tak zamierzam go zwiększyć. Na okres styczeń-marzec wyznaczyłem sobie “Podróże z Herodotem” Ryszarda Kapuścińskiego, zbiór wykładów “Inspirująca i inspirowana – Popkultura japońska” (ma bohaterów Evangeliona na okładce!) oraz drugi tom “Przedksiężycowych” Anny Kańtoch (jeśli wyjdzie, bo premiera miała być w grudniu).

Takim optymistycznym akcentem jeszcze raz życzę Wam wszystkiego najlepszego i zachęcam do odwiedzania Otaku Rage w roku 2012. Hej!

30 Grudzień 2011 Posted by | Prywata | , | 3 komentarzy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.